Co roku dopada
mnie ten dzień. I co roku mam zamiar
uchwycić tą przemianę, ale nigdy mi się nie udaje.
Jest zima – śnieg. Wieczorami światło latarni
w parku dodaje mu ciepła co sprawia, że chętniej wychodzę z domu. Potem nagle
śnieg znika, ale nie jest przyjemniej. Zaczynam marzyć o słońcu i temperaturach
>20 stopni C. I w pewnym momencie – spacerując, jadąc samochodem, na
rowerze, autobusem, lub po prostu znowu gdzieś pędząc patrzę przed siebie i
widzę… zieleń.
Drzewa, krzaki i ziemię przesycone tym
ożywczym kolorem. Ten nagły błysk otaczającego piękna. Śpiew ptaków, którego
wcześniej nie słyszałam. Słońce, które rozświetla otaczające mnie liście. Ludzi
dookoła mnie, których jest o wiele więcej niż zimą. Bawiące się dzieci. To jest
jak błyskawica, która przeszywa moje serce i umysł. Ten nagły atak artyzmu świata
sprawia, że nie jestem w stanie złapać oddechu i całe moje ciało krzyczy „ Boże,
jaki ten świat jest piękny” i tylko siłą woli powstrzymuję napływ uczuć,
których jedynym ujściem potrafią być łzy.
Co roku jest to
zaskoczenie i co roku obiecuje sobie, że następnym razem dostrzegę tą przemianę.
